Katolicka Odnowa w Duchu Świętym
w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej

Świadectwo nawrócenia Mariusza

Uważam się za człowieka wiary, wiary w Boga, w Jego Kościół i w to, co Kościół katolicki naucza. Nie zawsze tak było, bo do dwudziestego roku życia byłem wojującym ateistą, tzn. za punkt honoru powziąłem sobie, aby o ile to ode mnie zależy przekonywać innych do odstąpienia od Kościoła katolickiego i od wiary w Boga.
Uważałem wówczas wiarę i samą instytucję – Kościół katolicki za przejaw wstecznictwa, ciemne średniowiecze, wręcz za szkodliwy zabobon. Temu przekonaniu towarzyszyło niemoralny styl mojego ówczesnego młodego życia: niemoralne prowadzenie się z kobietami, rozboje, kradzieże także sklepów, a nawet próba zabójstwa dla pieniędzy.
Jednakże od zawsze, czyli od młodzieńczych lat czułem się patriotą i marzyłem o wolnej, niepodległej mojej Ojczyźnie – Polsce. Młodość i pierwsze lata dorastania upłynęły mi w komunistycznej Polsce. Dlatego aby być w centrum wydarzeń, kiedy powstała „Solidarność”, zatrudniłem się w Stoczni Szczecińskiej jako spawacz. Po wybuchu stanu wojennego i po pacyfikacji Stoczni, nie mogąc znieść tak obrzydliwej zdrady ze strony tych Polaków, którzy wywołali wojnę przeciwko własnemu narodowi, by tylko sowieckiej Rosji się przypodobać, zorganizowałem najprężniejszą grupę działającą w podziemiu na terenie Pomorza zachodniego.
W domu mojego kolegi utworzyliśmy redakcję, a na strychu drukarnię. Powstało niezależne pismo, dwutygodnik o nazwie - „Kotwica”, a w międzyczasie drukowaliśmy tysiące ulotek, przedruków z prasy podziemnej. 10 lipca 1982 r. na skutek denuncjacji jednego za studentów Politechniki Szczecińskiej, bez jednej osoby, której udało się zbiec, cała nasza grupa została aresztowana przez SB. Już na trzeci dzień aresztu, czyli 12-go lipca 1982 r. przeżyłem najważniejszy dzień w moim życiu. Otóż, byłem przetrzymywany samotnie w celi o wymiarach trzy metry na półtora i wysokości trzy i pół metra. Jeden z „klawiszy” (strażnik więzienny) jak zobaczył moje napisy na ścianach celi: Solidarność żyje i zwycięży oraz symbol Polski i Solidarności walczącej, oświadczył mi, że otrzymuję karę; trzy miesiące bez widzeń, paczek, listów i półgodzinnych w ciągu dnia wyjść po dziedzińcu więziennym.
Miałem wówczas dwadzieścia lat i ta informacja oraz samotność w celi i niemożność uczynienia czegokolwiek, załamała mnie. Pod koniec tego dnia wstąpił we mnie tak wielki niepokój, iż myślałem, że się rozerwę na kawałki. Wówczas wypowiedziałem, a właściwie wykrzyczałem pierwszą moją w życiu modlitwę: Boże daj pokój! Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu natychmiast ten pokój, pokój wewnętrzny otrzymałem i ujrzałem przed sobą unoszącą się osobę, jej kontury, co do której od razu wiedziałem, że był to Jezus Chrystus. Jeszcze nie dowierzając własnym oczom, zamierzałem wyciągnąć rękę aby Go dotknąć. Jednakże w tejże chwili pomyślałem, że przecież stoję przed majestatem Boga. Wówczas wszystko znikło, ale wewnętrzny pokój pozostał.
Na ścianie wyryłem krzyż, i zacząłem się modlić, ale własnymi słowami, bo nawet na pamięć nie umiałem modlitwy „Ojcze nasz”. Po jedenastu dniach zostałem zwolniony z aresztu z powodu śmiertelnej choroby nowotworowej (Lymphogranulomatosis maligna), na którą prawie rok wcześniej zapadłem i zostałem oddany pod nadzór MO. Pojechałem do Warszawy do szpitala przy ul. Szaserów, gdzie już wcześniej byłem leczony. Lekarze w tym wojskowym szpitalu wydali orzeczenie, że nie rokują nadziei na moje życie, nawet w trakcie leczenia. Bowiem miałem kilkadziesiąt przerzutów nowotworowych guzów w okolicach szyi, pod pachami i rozsiane na jamie brzusznej. W styczniu 1983 r. na jednej z przepustek ze szpitala, udałem się do mieszkania jednej ze szczecińskich aktorek, gdzie odbywało się modlitewne spotkanie katolickiej „Odnowy w Duchu Świętym”. Byli tam zgromadzeni profesorowie wyższych uczelni, aktorzy, lekarze, tłumacze przysięgli i inne osoby oraz ksiądz, co do których byłem zaskoczony, bo myślałem, że do Kościoła katolickiego chodzą tylko „stare baby”.
Dobrze rozeznawali się w mojej sprawie, poprosili abym się położył na dywanie, a następnie położyli na mnie ręce i zaczęli się modlić. Potem ta słowna modlitwa przeszła w modlitwę w językach. Ponownie ujrzałem nad sobą Chrystusa, tylko teraz był w czerwonej sukni przepasanej białym sznurem, pokazywał mi swoje dłonie przebite gwoździami, a z jego serca wychodziły promienie białe i czerwone, które wypełniły całe pomieszczenie w którym przebywaliśmy.
Wówczas zostałem uzdrowiony i po tym fakcie, dowiedziałem się, że miałem do czynienia z Chrystusem miłosiernym. Aby poznać wiarę na którą zostałem nawrócony podjąłem studia najpierw na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, wydział teologiczny, a następnie na Papieskim Wydziale Teologicznym w Poznaniu. Teraz mam żonę i dwójkę dorastających dzieci, a miałem być bezpłodnym na skutek leczenia przeciwnowotworowego. Od tych wydarzeń wiara w moim życiu odgrywa centralną rolę.  Pozdrawiam.