Katolicka Odnowa w Duchu Świętym
w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej

Renata - Historia nawrócenia

Nie jestem długo w Kościele. Przez wiele lat myślałam, że jest jakiś Bóg, czasem nawet życzliwy i tyle.
Usłyszałam raz fragment wywiadu a panią prezydentową Kwaśniewską. Zapytana o wiarę swoją i męża, o to że ona jest „kościelna” a jej mąż nie. Odpowiedziała spokojnie: bo mój mąż, proszę pani (a może proszę pana – nie pamiętam) nie ma łaski wiary. Aha! To trzeba mieć łaskę! To było pierwsze objawienie. Któregoś wieczora stanęłam w mojej sypialni przed ścianą, na której teraz wisi krzyż (wtedy go tam nie było) i powiedziałam: Boże daj mi łaskę wiary. O ile dobrze pamiętam, zrobiłam to tylko raz.
Moja koleżanka nakłoniła mnie bym poszła na rekolekcje charyzmatyczne z Jamsem Manjakalem jakie były w Szczecinie. Nakłoniła to łagodnie powiedziane, pół roku gadania przy każdej rozmowie, a rozmawiałyśmy często. Cała nasza znajomość jest dość dziwna: poznałyśmy się w sanatorium w 2009 roku i dość utrzymujemy bliski kontakt, co samo w sobie jest cudem. Zwłaszcza, że ona mieszka w Białymstoku, a ja w Szczecinie. Poszłam tam z myślą: przecież nie umrę jak pójdę na rekolekcje, choć poszłam tam tylko dlatego, by ona przestała mi truć. Ale i po podjęciu decyzji nie było to łatwe. Chciałam pójść z kimś, ale nikt nie chciał ze mną iść. Zgodziła się jedna moja długoletnia koleżanka, ktoś musiał mnie zakotwiczyć bym nie uciekła. Rekolekcje były od czwartku do soboty lub niedzieli – nie pamiętam. Ona pojechała w czwartek rano a ja dopiero popołudniu – minęłyśmy się w drodze.
Jak już tam byłam, to nie mogłam stamtąd wyjść. Nie wiem o czym Manjakal mówił. Pamiętam tylko, że bardzo często cytował Pismo Święte i co kilka zdań powtarzał „Alleluja?” – z lekkim zaśpiewem i akcentem na ostatnią sylabę. Pamiętam jeszcze jego świadectwo i świadectwo jego i Gabrysi. Całe rekolekcje przepłakałam i cieszyłam się, że nie ma tam nikogo znajomego. Podczas modlitwy o uzdrowienie o. James mówił: teraz Jezus uzdrawia… i wymieniał jakieś schorzenia. Niektóre do mnie pasowały i wołałam: to ja, to ja. I nic. Po czym mówi, że Jezus uzdrawia kilka kobiet z takiej to a takiej choroby, a ja czuję ciepło wpływające do mnie w okolicach klatki piersiowej i po chwili myślę: o rany, to tak się czuje człowiek, gdy jest zdrowy. Byłam chora i nawet nie wiedziałam jak bardzo. Zabrał mi tez nałóg grania w gry przez Internet. Od tamtego czasu nie zagrałam ani razu, chociaż niektóre osoby z mojego otoczenia grają i czasem nawet podpowiem im ruch. Co do uzdrowienia, to po kilku dniach wszystkie objawy chorobowe wróciły. Obudziłam się w nocy chora. I nakrzyczałam na Pana Boga: co to za pogrywanie, miałam być uzdrowiona!!!! Stan zdrowia powrócił i trwa do dzisiaj. Alleluja!
Wychodząc ostatniego dnia wzięłam ulotkę Odnowy w Duchu Świętym od uśmiechniętej kobiety i pomyślałam: Boże ja też chcę być taka szczęśliwa. 
Z pozoru nic się dalej nie działo. Moja koleżanka mówiła: wiesz powinnaś zacząć chodzić do kościoła. Tak?????
Ale co tam, nie umrę jak pójdę na mszę. Po kilku tygodniach zaczęłam przychodzić też na msze w tygodniu w grupą Odnowy. Po kolejnych kilku tygodniach z pomocą Ducha Świętego udało mi się pójść na spotkanie, potem na drugie. Przez ten cały czas na każdej mszy i na tych spotkaniach leciały mi z oczu łzy – dobrze, że mnie tam nikt nie znał.
Po dwóch spotkaniach nie poszłam na trzecie. Wróciłam do domu i wtedy zły ściągnął mnie do piekła, a może tylko do czyśćca. Nie wiem. Wiem natomiast, że było tam strasznie, ciemno, samotnie, beznadziejnie, nie było już mojego mieszkania tylko ciemności. Było tam tak okropnie, że ze szczerego serca chciałam umrzeć. Umrzeć, byleby tylko to się skończyło. Umrzeć by już nie czuć tego co tam się czuje. Z tego dna rozpaczy zawołałam: Jezu, zabierz moją duszę do siebie. Miałam wtedy nadzieję, że umrę.
Jak widać nie umarłam, ale jak słyszę, że ktoś odebrał sobie życie, to wiem co czuł. Dane było mi to przeżyć. Ocknęłam się na podłodze w moim mieszkaniu. Na pewno leżałam w innej pozycji i nieco innym miejscu niż to, które pamiętam z początku zejścia do piekła. Ocknąwszy się czułam bolesne pieczenie na spodzie stóp. Nie był to sen, to wiem NA PEWNO.

Co się zmieniło w moim życiu? Wszystko i nic. Pracuję tam gdzie pracowałam, robię to samo, jeszcze. Jesz-cze, ponieważ moja praca z przyczyn niezależnych ode mnie znika. I tu jest ten nowy element mimo niepewności co do mojego bytu i możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb w najbliższej przyszłości jestem szczęśliwa i moja twarz o tym wie. Czasem słyszę od moich koleżanek: „ja się o ciebie dwa dni martwiłam, prawie płakałam, a ty się cieszysz” albo od innej „Wiesz, jak idę do tej roboty, to się cieszę, że cię zobaczę, taka radosną w tej beznadziei”. Mam zupełnie nowych znajomych, zostało paru długoletnich przyjaciół, którzy niejedno ze mną przeżyli, ale wielu, bardzo wielu, zniknęło za horyzontem. Utrzymuję sporadyczny kontakt z dwiema osobami.
Co do modlitwy, to nie mogę powiedzieć, że odmawiam godziny różańca, koronki takiej czy innej, litanii i innych. Znam wielu, którzy tak robią, ja nie. Ja, zasypiam i budzę się z myślą: dzięki Ci Jezu, że mnie zawołałeś. Zanim wyjdę z domu krótka modlitwa powierzenia tego dnia Najświętszej Krwi Chrystusa, modlitwa za tych co zginą i zginęli nagłą śmiercią i samobójców i do Michała Archanioła – całość może 3 minuty. W ciągu dnia staram się oddawać Jezusowi to co akurat robię. Mówię Jezu przyjmij to co teraz robię, każdą czynność, każdy gest, każde słowo jakie wypowiem, każdy oddech jako wyraz Twojego uwielbienia, dziękczynienia i błagania o łaskę jednocześnie, z naciskiem na uwielbienie. Gdy mnie albo komuś zdarzy się coś wyjątkowo dobrego, a zdarza się często, mówię głośno lub w myślach: Jezu, Ty to jesteś mocarz, nieźle to załatwiłeś! Dziękuję! Może to i zbytnie spoufalanie, ale tak mam. Wieczorem opowiadam Mu cały dzień, w taki sposób jakbym opowiadała to najlepszej przyjaciółce, potem błogosławię Mu we wszystkich osobach jakie stawia na mojej drodze. I tu często zasypiam na kilka minut. Potem koronka do Miłosierdzia i spać. Czy to dużo? Nie wiem, być może nie. Czy sprawia mi to radość? Ogromną.
„W lekkim powiewie przychodzisz do nas Panie”, no nie wiem. Dla mnie to huragan, który mnie porwał i dokądś prowadzi.

Renata