Katolicka Odnowa w Duchu Świętym
w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej

"Wierność Chrystusowemu Objawieniu - owocuje" - katechezy 2012

Czwartek (19.07.2012 r.) - Agnieszka

Kochani, dzisiaj kolejne cnoty...

Najpierw tzw. cnoty kardynalne – tak się nazywają. Zaraz wytłumaczę, dlaczego.

Jest to z łac. oparcie drzwi uzyskane dzięki zawiasom. cardines, to jest zawias. Dlaczego tak je nazwano? Otóż na nich, na ich realizacji, na tym, czy je w sobie wypracowujemy – zawisł charakter każdego z nas. Tak jak drzwi na zawiasach, tak my wisimy na tych 4 cnotach. Od nich zależy, jak funkcjonuje nasze życie. Są jakby filarami, na których opiera się życie prawdziwie ludzkie.

Nie chodzi tu o licytowanie się, która cnota jest lepsza, wyższa, ważniejsza (Tekla na przykład mówiła, że miłość jest ważna, Ela mówiła, że cierpliwość, bo się nigdy nie doczekamy niczego) – to jest jakaś teologiczna nauka, natomiast warto wiedzieć cokolwiek o każdej z tych cnót i zobaczyć, jakie miejsce ona zajmuje w naszym życiu, w naszym dążeniu do rozwoju duchowego. Właśnie te kardynalne cnoty, na których zawisł nasz charakter, to: ROZTROPNOŚC, SPRAWIEDLIWOŚĆ, MĘSTWO I UMIARKOWANIE.

Gdy spojrzałam na cnotę roztropności, od razu pomyślałam o naszych grupach, o naszych braciach i siostrach, ponieważ z mojej obserwacji wynika, że z tą roztropnością wśród „odnowowiczów”, bywa różnie. Nawet teologowie zajmujący się Odnową w Duchu Świętym zauważyli, że jest u nas czasem zjawisko nazwane kwietyzmem – naukowo dosyć. Kwietyzm to jest zrzucanie na Pana Boga wszystkiego – Pan Bóg to załatwi, Pan Bóg się tym zajmie, Duch Święty to przygotuje. Rzucamy takie słowa często w dobrej wierze i z nastawieniem, że „coś nowego” złapaliśmy w Odnowie, że z nas został zdjęty jakiś ciężar i w tej chwili zrobi to za nas Trójca Święta w takim, czy innym wzywaniu Jej, jak tego dokonujemy.

Przy roztropności widać to szczególnie mocno. Ten kwietyzm, czyli całkowite umycie rąk – „rób sobie Panie Boże, co chcesz i jak chcesz, a ja będę sobie czekać” – w tym rozumieniu – jest niedobrym zjawiskiem. Tak, jak powiedziałam, na roztropności to najbardziej widać.

Cóż to jest ta roztropność?

Roztropność to jest decyzja – moja osobista decyzja, której nie mogę zrzucić nawet na Boga. Uzdalnia ona rozum, który zresztą od Boga każdy z nas dostał, do rozeznania każdej okoliczności w naszym życiu i do wyboru dobra oraz do właściwych środków, które do tego dobra doprowadzą. Roztropność kieruje bezpośrednio sądem sumienia. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne, chociażby Dekalog, do poszczególnych przypadków i sytuacji życia, które nas spotykają, i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie dobra, które należy czynić i zła, którego unikać. Roztropność pomaga nam w takich właściwych decyzjach, w dobrych decyzjach – od razu widzimy jasno w konkretnej sytuacji – co robić.

W Biblii często roztropność utożsamiana jest z mądrością – jako przeciwieństwo głupoty grzesznika, który wybiera środki powodujące jego wieczne nieszczęście. Człowiek roztropny, to jest człowiek duchowo dojrzały. Jezus wzywał swoich słuchaczy: bądźcie roztropni. Chwalił też roztropnego rządcę – czyli widział konkretne sytuacje praktyczne. O to właśnie tu chodzi. wtedy musimy unikać jakichś wypaczeń, opowiadać się za obowiązującymi normami.
W związku z tym powinniśmy posiadać całą masę takich „mniejszych” cech, jak na przykład rozwagę, przezorność, ostrożność, przytomność umysłu, oględność, odwagę, umiejętność przewidywania skutków swojego działania.

Są dwa „mocne” momenty, kiedy Jezus apeluje o roztropność i mówi, że pewni budowniczowie podjęli się budowy wieży i nie mieli pieniędzy na jej zakończenie. Wszyscy ich wyśmiali i to dzieło zakończyło się porażką. Tak samo do roztropności wzywa, kiedy ktoś ma wyruszyć na wojnę i dzidzi, że nieprzyjaciel jest o wiele bardziej zasobny w broń i w liczbę, i wtedy też jest zachęta, żeby rozważyć roztropnie, czy rzeczywiście jest to właściwa decyzja. Czyli, kiedy mamy w jakiejś sytuacji podjąć konkretną decyzję, musimy trafnie ocenić sytuację. To nam wyraźnie Jezus podpowiada. Trafnie ocenić sytuację i potem umiejętnie rozwiązać pewne praktyczne problemy życiowe. Trafnie ocenić sytuację, czyli jakie mamy zasoby, jakie mamy przewidywania co do przyszłości – np. czy nie grozi nam niepomyślne zdarzenie, sięgamy do historii naszego życia.

Przykład: W pewnej rodzinie padł pomysł, żeby kupić samochód. Praktyczna sytuacja. No i rozważają, rozważają, rozważają... Skąd wziąć pieniądze – wziąć kredyt, albo coś sprzedać, pożyczyć od stryjka, „wyskubać” oszczędności do ostatniego grosza i kupić ten samochód... czyli gruntownie, wielostronnie rozważają. Potem: kto będzie tym samochodem jeździł – czy ktoś w ogóle ma prawo jazdy, czy mają garaż, a przede wszystkim czy mamy praktyczne powody do tego, żeby kupić samochód, czy nie starcza nam to, co jest do tej pory, czyli autobus, tramwaj itd...

Na tym prostym przykładzie wiele osób się przejechało, zwłaszcza na braniu kredytów. Są niesamowite kolejki do psychiatrów i psychologów – osób, które się zaplątały w kredyty i w tej chwili nie potrafią z tego wyjść. Wpadają w depresje, w choroby psychiczne, w jakieś straszne lęki itd. Czyli: po owocach ich poznacie, jak mówimy. Nie były to roztropne decyzje, nie były to właściwie zbadane sytuacje. Nie było tam przewidywania, przenikliwości, co się stanie, jeżeli moje dochody nie wystarczą na to, żeby ten kredyt spłacać, kiedy nie wystarcza na raty, zdarzy się coś nieoczekiwanego w rodzinie, wydatki wzrastają – roztropny człowiek wszystko to wcześniej przewiduje – przenikliwie, wielostronnie, gruntownie, rozważnie ocenia i ustala, że mogą być jakieś niepomyślne sytuacje, przed którymi powinien się zabezpieczyć i uchronić. Wchodzi tu jeszcze tzw. przezorność. Kiedyś funkcjonowała reklama, hasło: „Przezorny zawsze ubezpieczony” – tak się reklamowało PZU, jedyne chyba wtedy przedsiębiorstwo zajmujące się ubezpieczeniami. Coś w tym jest.

Wiele jest też nieroztropności w tej chwili w życiu turystycznym. Ludzie wyjeżdżają za granicę, nie szczepią się, nie mają odpowiednich środków. Potem tragedia – choroby, jakieś klęski, brak powrotu, nie rozeznane dobrze biuro podróży – ostatnio była cała seria takich przypadków.

Przypominajmy sobie w konkretnych naszych domowych, rodzinnych, osobistych decyzjach właśnie o tej cesze roztropności – że Pan Bóg nas do niej wzywa. Wie, że jesteśmy w konkretnych realnych sytuacjach postawieni i wtedy rozeznanie – jak to mówimy w Odnowie – jest bardzo potrzebne.

Powinniśmy się też opierać na mądrości życiowej, uczyć się z własnych błędów. Dobrze jest też być podatnym na cudze rady, które wbrew pozorom, czasem denerwują – że mama coś czasem radzi, np. weź szalik i czapkę, czy zjedz śniadanie. Te cudze rady są bardzo potrzebne, ponieważ pokazują nam to, że ktoś się już na tym sparzył, że ktoś już taki błąd popełnił, miał złe konsekwencje, a teraz chce ochronić swoich najbliższych od tego.

Przy roztropności musimy się też zorientować, czy potrafimy wyciągać wnioski z tego, co się już stało – oczywiście z tych spraw dobrych, ale i z klęsk, żeby ponownie tych błędów nie popełniać.

W konkretnych sytuacjach duchowych, roztropność może nas chronić od fałszywej i niebezpiecznej drogi, od wszelkich dziwactw na polu duchowym. Dziwactw – powiedziałabym, że nawet przez duże D. Chodzi tu o właściwy umiar i wybór, między np. ufnością Bogu a wiarą we własne siły – to jest ten kwietyzm, o którym mówiłam na początku, i to jest ta ciągła recepta: „módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Roztropność pozwala nam znaleźć różnicę pomiędzy pokorą a szacunkiem do siebie – o tym wczoraj mówiliśmy, pomiędzy sprawiedliwością a dobrocią – czy np. darować komuś karę, czy okazać się miłosiernym, czy może tę karę jakoś wyważyć. Roztropność pomoże nam znaleźć granicę pomiędzy cierpliwością a energią, pośpiechem, pomiędzy surowością dla siebie a troską o swoje zdrowie – chociażby jakieś umartwienia, czuwania, posty – nie wiemy czasem czy dobrze działamy, czy nie szkodzimy sobie, a może odwrotnie – za mało siebie dyscyplinujemy. Roztropność pomoże nam znaleźć granicę pomiędzy wewnętrznym życiem, a pracą – ile modlitwy a ile działania, pomiędzy daniem jałmużny a nie daniem – nie raz wracaliśmy do tego problemu – dać czy nie dać temu, kto prosi, pomiędzy słowami takimi czy innymi – mocnymi czy bardziej oględnymi.

Przywołujmy tę cnotę, ćwiczmy się w niej, obserwujmy jak ona funkcjonuje, jak np. słowami można ująć tę samą prawdę.

Pewien sułtan miał sen, że stracił wszystkie zęby. Zawołał wykładacza snów – a ten powiedział: Oj, nieszczęście! Masz pan straci wszystkich swoich poddanych.” Sułtan się zdenerwował i wydał go katom.  Przyprowadzono drugiego znawcę snów, a ten zawołał: „Jaka radość! Mój pan przeżyje wszystkich poddanych”. Sułtan zarządził, aby za tak dobrą przepowiednię – wypłacono mu ze skarbca 50 sztabek złota. Skarbnik zagadnął go po drodze: „Przecież twoja przepowiednia nie różniła się od poprzedniej”. „Tak – ale ja wiedziałem, jak ją wypowiedzieć: przeżyć wszystkich, to chyba lepiej brzmi, niż stracić wszystkich – prawda?”

Główne grzechy przeciw cnocie roztropności, czyli przeciwieństwem roztropności są: lekkomyślność, niedbalstwo i niestałość – kiedy sytuacji nie oceniamy, podejmujemy decyzje: a może się uda, a może Duch Święty pomoże (w złym rozumieniu). Jeżeli robimy coś nierozsądnego, to pozostaje nam tylko błagać, żeby Pan Bóg to odkręcił.

Tak samo działanie niedbałe, opieszałe – jest tutaj minusem; czy też przebiegłość i cwaniactwo, które mogą być czasem błędnie uznawane za roztropność. Tacy spryciarze nie przebierając w środkach działają przecież na niekorzyść innych, egoistycznie starając się np. wzbogacić.

Sprawiedliwość


W porównaniu do poprzedniej cnoty, można powiedzieć, że sprawiedliwość mówi – co robić, a roztropność – jak. Sprawiedliwość to jest ten element, który dostrzegamy bardzo często w relacjach z drugim człowiekiem. Jeżeli jest ona realizowana – czujemy pokój, a jeżeli czujemy, że ktoś działa niesprawiedliwie, zwłaszcza wobec nas, to jesteśmy tym bardzo przejęci, poranieni.

Sprawiedliwość określa się jako skłonność człowieka do stałego oddawania każdemu wszystkiego, co mu się należy, np. Panu Bogu – przestrzeganie przykazań, bliźniemu – dóbr wewnętrznych ( takich jak wolność – każdy ma prawo do wolności, swobody przekonań) oraz dóbr zewnętrznych (takich jak dobre imię, pokarm, własność). W związku z tym sprawiedliwość związana jest z przykazaniem: nie kradnij! i zabrania również oszustw, fałszywych oskarżeń, czynienia niesłusznych wymówek, nagan, i oczywiście zabierania drugiemu czegokolwiek.

Podkreślam, że sprawiedliwość – nie znaczy równo. Cała ekonomia jest na tym oparta i różne trendy w życiu społecznym. Brak sprawiedliwości, nawet wtedy, gdy np. czujemy, że zostaliśmy mniej pochwaleni niż ktoś inny, czy zostaliśmy obdarowani mniejszym cukierkiem niż brat czy siostra – takie rzeczy mogą się nam jeszcze „pałętać” w pamięci – i wychodzi  z tego bezpośrednia myśl: mama kocha bardziej brata, bo dała mu batonik 5-centymetrowy, a ja dostałem 3-centymetrowego cukierka. To wszystko od razu rejestrujemy, jesteśmy wyczuleni na niesprawiedliwość.

Brak sprawiedliwości pociąga za sobą konieczność zadośćuczynienia. Jeżeli czujemy, że postępowaliśmy niesprawiedliwie – konieczne jest zadośćuczynienie.

Czy sprawiedliwość, czy miłosierdzie – to jest następny dylemat. Wspominałam przy roztropności – jeżeli mamy taki dylemat, to o tę cnotę roztropności się starajmy.

W ubiegłym roku opowiadałam historię o burmistrzu Nowego Jorku, jak złodzieja obdarował i wtedy wyszła bardziej miłość (miłosierdzie) niż sprawiedliwość, chociaż sprawiedliwość też została zachowana, bo złodziej dostał od burmistrza „kasę” na zapłacenie grzywny.

Ze sprawiedliwością związana jest jeszcze jedna sprawa – osoba, która stara się działać sprawiedliwie, przykłada do siebie i do innych zawsze tę samą miarę. Czyli sprawiedliwie ocenia siebie i innych, nie na zasadzie, że Kalemu ukraść krowę, to grzech, a jak Kali ukradnie krowę, to nie – „W pustyni i w puszczy” się kłania. Tak samo oceniam siebie i brata.

Umiarkowanie – inaczej wstrzemięźliwość

Ta cnota pomaga nam, przy użyciu rozumu, panować nad własnymi instynktami i potrzebami. Zapewnia panowanie woli nad popędami. Naszym pragnieniom, czasem daleko idącym, stawia pewne granice.

O potrzebie cnoty umiarkowania mówiono już w starożytności. Później św. Tomasz z Akwinu, czytając to – podsumował, że umiarkowanie zachowuje człowieka od zezwierzęcenia, że tym się różni, ponieważ ma wolę i może swoimi pragnieniami i popędami kierować.

Konkretną formą cnoty umiarkowania w odniesieniu do sfery erotycznej jest cnota czystości.

W czym mamy być umiarkowani?
Nawet w prozaicznych czynnościach, jaką jest jedzenie – nie przesadzaniu w wyrafinowanych przepisach, że to się staje celem życia, że w jakichś potrawach jesteśmy lepsi niż synowa czy teściowa, że ciągle coś wymyślamy, żeby kogoś zadziwić, że w osobistym przyjmowaniu pokarmu szukamy tego, co jest lepsze. Chodzi o to, żeby to nas za bardzo nie wciągało. W rozsądnych granicach zdrowotnych, finansowych – oczywiście. Ale to nie może być celem życia, tak, jak pewnej kobiety, która przyszła do lekarza i mówi:

- Rano budzę się z bólem głowy, potem mam zawroty, potem mi niedobrze, potem mi słabo. Panie doktorze, co mi jest?”
-  A co pani wczoraj jadła? – pyta doktor.
- Obiad
- A co na obiad?
- Najpierw zakąskę, później potężny talerz rosołu, potem sarninę w sosie, dużo sałatki, potem jeszcze jakieś gotowane mięso, następnie ogromny kawał tortu. No co mi jest, panie doktorze? To wszystko było zdrowe, dietetyczne.
- Co pani jest? Brakuje pani drugiego żołądka!

Jest to pułapka, w którą łatwo wpaść pod szyldem „gościnności”, „troski o rodzinę”.

To samo, jeśli mamy wprowadzić ład wewnętrzny do pragnień – np. ktoś chce być cierpliwy, a ciągle się gniewa, ktoś wzrasta w pysze, a chciałby być bardziej posłuszny – każdą tę niedobrą cechę umiarkowanie powinno zmniejszać.

W tym wszystkim pomaga ofiara. Ofiara w takim sensie, że jak podzielimy się z kimś posiłkiem, funduszami na coś, to robimy już pewien krok w kierunku tego, że chcemy bardziej rozsądnie patrzeć na nasze pragnienia – bo czegoś sobie odmawiamy, dzieląc się z innymi.

Bez umiarkowania roztropność staje się asekuranctwem (czyli przesadzamy we wszystkim), a odwaga – zuchwalstwem, bez umiarkowania sprawiedliwość staje się brakiem miłosierdzia.

Męstwo – czwarta cnota kardynalna

Jest to umiejętność podjęcia dobrej decyzji w niesprzyjających warunkach, ze świadomością, że możemy narazić się na przykre konsekwencje. Wtedy zachowujemy się „po męsku” – jeżeli jest trudna sytuacja i przewidujemy, że mogą być jeszcze jakieś nieprzyjemne konsekwencje. Przykładów jest wiele:

  • chociażby św. Joanna Beretta Molla, która wiedziała, że nie podejmując kuracji antyrakowej, doprowadzi się do śmierci, ale ratuje dziecko;
  • teraz czytałam o podobnym przypadku w „Gościu Niedzielnym” – znowu matka tak postanowiła;
  • wspominana przeze mnie Asia Bibi – Pakistanka, która siedzi w celi śmierci oczekując na śmierć – wiedziała, że mówiąc o Jezusie w swoim środowisku – może być osadzona i skazana na śmierć.
Trudne sytuacje... Może Pan nam ich oszczędzi. Ale na przykład z życia naszego: młody człowiek w internacie, na obozie – modlący się jawnie, nie gdzieś pod kołdrą - uważam że też ma cnotę męstwa, ponieważ konsekwencje, jakie z tego mogą dla niego wyniknąć, mogą być bardzo przykre – może być wykreślony ze środowiska, może być wyśmiany, może być poniżany – a jednak w swoim męstwie wyznaje wiarę. Myślę, że znajdziecie takie sytuacje w swoim życiu.

I jeszcze słowo o skromności i przyjaźni.


Skromność, myślę, że rozumiemy często intuicyjnie. Jest to pewna rezerwa, przyzwoitość – w mowie, w ubraniu, w zachowaniu. Niestety w życiu otacza nas przeciwieństwo skromności. Z wszelkich afiszów, filmów, parkietów do tańca – wychodzi wulgarność, wychodzi zło, a przyzwoitość zniknęła. Skromność obecnie uważana jest za coś nie naturalnego, coś, co jest nie na topie. Te wszelkie występy, chociażby „Madonny”, czy nawet nie sięgając daleko na estradę, ale moda – moda jest tutaj narzędziem szatana i tę skromność nam chowa gdzieś głęboko.

Swego czasu była moda na spódnice rozcinane bardzo głęboko. Przy byle wietrze spódnica leciała, gdzie wiatr powiał, a co niektórzy mieli widoki, o które im chodziło – o które chodziło szatanowi.

Pokusy wynikające z mody naprawdę bardzo podkreślam. Jest tu wiele starszych osób, są też młodzi – nie ma różnicy. Czasem nawet nieświadomie, swoim strojem prowokujemy, czy też prowokujemy jakąś niedelikatnością w zachowaniu, jakimś natręctwem – to też brak skromności.

Skromność bowiem:
  • nie narzuca innym swego zdania i woli,
  • poprzestaje na małym, żeby nie upokarzać innych,
  • oddaje pierwsze miejsca
  • jest pełna spokoju i umiaru.

Do osobistego przemyślenia jeszcze chciałam Wam zlecić trzy cnoty drobniejsze, zanim powiem jeszcze o przyjaźni.
  1. Hojność
  2. Gościnność
  3. Wdzięczność
Myślę, że rozumiemy, w czym problem. Hojność bardzo ładnie zdefiniowała pewna siostra zakonna mówiąc, że nie posługuje się ani miarą, ani wagą, nie oznacza ani dużo, ani mało, jest wszystkim dobrem, na jakie człowieka w danym momencie stać.

Gościnność
to uprzejmość okazywana komuś, kto przybył w odwiedziny – „gość w dom, Bóg w dom”, a okazywanie wdzięczności jest miarą naszego człowieczeństwa. Jakże często tej wdzięczności jednak nie ma.

Ostatnia cnota – przyjaźń

Jest ona również w Piśmie Świętym polecana jako coś, w czym mamy się ćwiczyć.

Bracie i Siostro, czy tę przyjaźń traktujesz idealnie, czy tak, żeby była wartością sama w sobie? Bo są też przyjaźnie interesowne, które spełniają pewien cel – przyjemność czy użyteczność – „zaprzyjaźnię się z nim, on jest lekarzem, może się przyda” – czasem tak myślimy, albo „zaprzyjaźnię się z tamtym, bo jest majętny, może mi pomoże w potrzebie”. Bardziej czy mniej nieuświadomione, takie myśli bywają.

Ja powiem o biblijnej przyjaźni idealnej...

Czy potrafisz się zaprzyjaźnić, Bracie, Siostro, z drugim człowiekiem zupełnie bezinteresownie? Jezus nazywał swoich uczniów przyjaciółmi. Już nie sługami, tylko przyjaciółmi. To jest wielka odpowiedzialność – być czyimś przyjacielem, czy też przedstawiając kogoś: „to mój przyjaciel”, „to moja przyjaciółka”. Ja się czasem boję takich określeń, ponieważ uważam, że jest to wielka odpowiedzialność – nie jest to znajoma, nie jest koleżanka, nie jest sąsiadka – ale przyjaciel.

Przyjaciół poznaje się w biedzie – takie porzekadło krąży, nie raz je słyszeliśmy i też doświadczyliśmy. Ja ostatnio miałam taką sytuację, że byłam w jakiejś tam biedzie, chorobie – i zobaczyłam rzeczywiście na kogo można liczyć, kto jest przyjacielem, kto się sprawdził.

Pomyśl Braci, Siostro, czy masz, czy miałeś taką osobę – przyjaciółkę, przyjaciela?

Kiedyś od przyjaciółki – mogę tak powiedzieć – otrzymałam plakietkę: „przyjaciele to aniołowie, którzy idą z tobą przez całe życie” – to jest chyba najwspanialsze określenie.

A czy Ty, Bracie, Siostro, potrafisz być przyjacielem dla kogoś innego – czyli odwracamy sytuację. Czy potrafisz zrezygnować czasami ze swojego „ja”, ze swoich planów, czy potrafisz ofiarować przyjacielowi to, czego mu brak – może Twoją obecność, Twój czas, Twoje pieniądze, Twoją pracę, czy też po prostu Twoje ramiona, żeby było się gdzie wypłakać. Czy pomyślisz, żeby zadzwonić, tak bez powodu i zapytać: „co słychać, czy nie potrzebujesz czegoś?”, czy potrafisz podzielić się Twoimi przeżyciami – smutnymi, radosnymi? Prawdziwa przyjaźń, tak jak miłość – jest owocem Ducha Świętego – i wymaga wysiłku. W naszym współczesnym świecie w coraz większej cenie.

A może zdarzyło Ci się, Bracie, Siostro, zawieść na kimś, o kim myślałeś, że jest Twoim przyjacielem, a zostało to odrzucone? Pomyśl wtedy, że tak właśnie może czuć się Jezus, gdy ludzie nie przychodzą do Niego, kiedy nie chcą przyjąć Jego przyjaźni, Jego miłości. Czasem jest tak, że myśli się o kimś, jak o przyjacielu, a okazuje się inaczej.

Już zupełnie na koniec – historia z życia wzięta:
Pewien biznesmen – Marek, długo pracował na swój sukces, a więc i na rosnące konto w banku. Bogacąc się zauważył, że ma coraz więcej wrogów, ale i przyjaciół. Tak sądził – że przyjaciół, ale zawiódł się na wielu z nich, kiedy przeżył zawał serca i ledwo stanął potem na nogi.

Gdy wrócił do firmy, wezwał wszystkich współpracowników i powiedział, że czas choroby trochę zmienił jego podejście do wielu spraw oraz do samego siebie. Dlatego poprosił ich, aby każdy powiedział, co naprawdę o nim myśli. W zamian za to, obdaruje każdego klejnotem z kolekcji, którą udało mu się korzystnie nabyć. Po tych deklaracjach – rozpoczął się koncert chóru na jego cześć. Wychwalaniom nie było końca. Milczał tylko jego kuzyn – Jan, pracujący na jakimś niskim szczeblu, i może jeszcze 2-3 osoby.

Marek poprosił więc Jana do swojego gabinetu, wyjął z sejfu klejnot i ponowił prośbę o opinię o sobie. Na to Jan odparł, że kupiona prawda nie jest prawdą! Że nie przyjmie klejnotu, ale może tę prawdę powiedzieć całkiem za darmo. I zaczął wymieniać wady Marka... Następnego dnia Jan został mianowany wiceprezesem firmy.

Minęło parę lat – i kolejny zawał przeprowadził Marka na tamten świat. Współpracownicy z niecierpliwością oczekiwali na odczytanie testamentu, spodziewając się faktury, gdyż Marek nie miał rodziny, a oni uważali się za jego przyjaciół. Tekst testamentu był krótki: notariusz odczytał tylko podziękowanie za współpracę, decyzję o przyznaniu premii dla pracowników oraz informację, że pogrzeb Marka odbędzie się nazajutrz... o czwartej rano.

Na pogrzeb przybył tylko Jan i trzech pracowników firmy – portier, goniec i sekretarka, która pracowała w firmie od przeszło czterdziestu lat, i pamiętała jeszcze ojca Marka. Pewnie to była wina jesiennej aury, że przyszli tylko oni?

Po zakończeniu ceremonii pogrzebowej, do grobu podszedł notariusz, by odczytać – drugi testament Marka – z prośbą o równy podział dużego spadku między tych, którzy na ten pogrzeb przyjdą. W ten sposób Marek jeszcze raz sprawdził swych przyjaciół!

Jest głęboka prawda w tym tekście.

Obyśmy my nie byli sprawdzani na taką okoliczność. Starajmy się tę przyjaźń dawać i cieszyć się z jej otrzymania. Często mamy bowiem wokół siebie więcej klakierów, kumpli, partnerów, a przyjaciół – coraz mniej.