Katolicka Odnowa w Duchu Świętym
w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej

"Wierność Chrystusowemu Objawieniu - owocuje" - katechezy 2012

Treść została spisana na podstawie wersji audio katechez wygłoszonych w kościele MB Królowej Świata w Dobrej Szczecińskiej na Rekolekcjach Wakacyjnych dla grup Odnowy w Duchu Świętym z diecezji szczecińsko - kamieńskiej w dniach 16 - 21 lipca 2012 r.
Katechezy zostały przygotowane przez członków Rady Diecezjalnej.


Poniedziałek (16.07.2012 r.)  - Agnieszka

Kochani, temat rekolekcji widnieje tutaj.

Jedna z naszych sióstr – siostra Małgosia – namalowała nam taki piękny plakat, w który będziemy się wpatrywać przez nasz czas rekolekcji: „Wierność Chrystusowemu objawieniu – owocuje”. Piękne owoce..., może ktoś apetytu nabrać nawet, jak patrzy na nie. Ale jest to oczywiście przenośnia, jest to obraz tego, czego będziemy dopatrywać się w swoim życiu. No właśnie...

Drogi Bracie, Droga Siostro! Ile to już lat jesteś w grupie Odnowy w Duchu Świętym? Rok, dwa, dziesięć, dwadzieścia? Trzeba by zrobić jakiś rachunek, które to już rekolekcje letnie, bo widzę tu sporo osób, które bywały prawie co rok. A co z tego wynika? A co z tego wynika dla ciebie, dla twojego rozwoju duchowego, dla twojej rodziny, twoich przyjaciół, twoich kolegów, sąsiadów.

Zachęcam was kochani, aby w tym tygodniu szukać odpowiedzi na to pytanie: co z tego wynika... że jestem od „x” lat w Odnowie, że to czy tamto dzieje się w moim życiu? I szukajmy szczerej odpowiedzi. Czy przynoszę owoce? Czy i jak to moje zaangażowanie religijne – moje przemyślenia, medytacje, życie sakramentalne – owocuje?

Bo czasem jak pytam kogoś tak prywatnie, czy na dzieleniu wychodzi, no to słyszę taką odpowiedź: chodzę codziennie na Mszę św., odmawiam różaniec cały czy część, uczestniczę np. w Jerychu Różańcowym, chodzę jeszcze na jakieś spotkania modlitewne... Nie o to chodzi. Co z tego wynika, że chodzisz na Jerycho, że chodzisz na Mszę św., że modlisz się, że czytasz Pismo św.? To wszystko jest piękne, wspaniałe, ekstra – i zachęcam wszystkich do tego – ale co z tego wynika? Czy jesteś innym człowiekiem niż wtedy, kiedy tego nie czyniłeś? I czy to widać? Czy tylko tobie się wydaje, że cię to zmienia?

Niech każdy z nas taką szczerą odpowiedź dzisiaj sobie zaplanuje: czy i jak moje zaangażowanie religijne, moje przemyślenia, medytacje, życie sakramentalne – owocuje? I jakie to są owoce? Tych owoców jest tutaj cały sad.

„Owocem zaś Ducha jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.” A także to, co nazywa się często cnotami: skromność, wstrzemięźliwość, czystość, pokora, sprawiedliwość, roztropność, hojność, posłuszeństwo, życzliwość, gorliwość, wytrwałość, gościnność, cichość, przyjaźń, powściągliwość, jedność, zdolność współczucia...


Również takie cechy jak: wiara, nadzieja, miłość – określane są jako Owoce Ducha Świętego, lub tzw. cnoty nadprzyrodzone, w których człowiek wzrasta własnym wysiłkiem!

Specjalnie mówiłam to tak, jakby z messerschmitta wystrzeliwać, żeby zobaczyć jaka jest tutaj potężna moc i ilość tego, czego możemy się w sobie dopatrywać.

Owoce, w których człowiek wzrasta własnym wysiłkiem – do tego będziemy jeszcze wracać. Własnym wysiłkiem – to jest bardzo ważne. Podkreślam tu różnice pomiędzy darami Ducha Świętego a owocami. W darach Bóg działa w nas w sposób niezwykły, nadludzki, tylko wtedy kiedy zgodzimy się na to (z naszym zezwoleniem). W owocach natomiast Bóg oczekuje reakcji od nas. Stosuje się, owszem, do naszego naturalnego sposobu, w jaki działają nasze zmysły, umysł, rozum – i pomaga nam w tym. Ale pierwsze słowo należy wtedy do nas.

Myślę, że problem ten bardzo dobrze ujmuje takie porównanie:
  • owoce – to tak, jakbyśmy mieli płynąć przy pomocy wioseł, czyli z pewnym wysiłkiem;
  • dary – płynąć przy pomocy żagli;

lub jeżeli porównamy z mamą, która prowadzi swoje dziecko – to wtedy byłyby owoce, bo dziecko też musi jakiś wysiłek włożyć, a dary – kiedy matka bierze swoje dziecko na ręce.

Osiągnięcie tych cnót, wydawanie owoców – udoskonala człowieka.

Mądrzy psalmiści mówili, że człowiek cnotliwy to taki, którego serce pełne jest prawa Bożego i znajduje w prawie upodobanie. Z kolei pielęgnowanie cnót prowadzi właśnie do owoców, a owoc – czy taka grucha, czy jabłko, czy porzeczka, czy śliwka – oczywiście znowu przenośnie – to jest rezultat ludzkich wysiłków, np. rezultat pracy ogrodnika.

Choć czasem mówi się, że Bóg tak jak człowiek uprawia ziemię, zasiewa zboże, to jednak nigdy nie mówi się, że On wydaje owoce. On zbiera owoce, On zobowiązuje nas do przynoszenia dobrych owoców, bo latorośl, która nie przynosi dobrych owoców zostaje wrzucona w ogień i zniszczona. Ale na szczęście dla nas, Bóg nie żąda owoców nie dając możliwości, nie dając swojej pomocy.

Analogia do ogrodu: Bóg jest Wodą, która umożliwia wzrost i owocowanie. Wybór pola do uprawy, czy troska o to pole należy już do człowieka. Chrystus sieje ziarno i rzuca je na ludzką glebę.

Czasami modlimy się na różnych modlitwach wstawienniczych i mówimy: „Panie, daj mi cierpliwość, daj mi łagodność, daj mi roztropność”. Myślę, że to nie całkiem o to chodzi. Lepiej modlić się: „Panie, pomóż mi wzrastać w cierpliwości, w roztropności, w łagodności”. Powtarzam – to nie są dary, tego „na patelni”, „na talerzu” nie zawsze możemy oczekiwać od Boga.

I właśnie te owoce, owoce, do których będziemy wracać przez nasze dni rekolekcyjne, powinny być takim znakiem rozpoznawczym, znakiem działania Ducha w osobie, czy we wspólnocie. Będziemy szukać tych owoców w sobie i we wspólnocie – jeżeli wierzymy, że Duch Święty nami kieruje. Ponieważ owoce mają w większości wyraźny wymiar społeczny, promieniują dobrem na innych, przenikają w zwyczajność, codzienność życia i powinny być takim zwierciadłem, w którym osoby i wspólnoty powinny się przeglądać, czy nie ulegają jakimś złudzeniom, że wszystko gra, złudzeniom rodzącym się np. w euforii miłych spotkań czy wspólnej modlitwy.

Przez owoce i cnoty człowiek lepiej wykorzystuje dary, dochodzi do tego, że może zostać błogosławionym. Błogosławieństwa to są z kolei środki, którymi dochodzi się do wiecznej szczęśliwości. I stąd nasze katechezy będą dotyczyły właśnie:
  • Owoców,
  • Cnót,
  • Ośmiu błogosławieństw, które niejako zbierają w sobie te wszystkie plony.

Nieraz kochani pewnie słyszeliśmy, że jesteśmy stworzeni „na obraz i podobieństwo Boże”. Jak to się ma do tematu naszych rekolekcji? Otóż, obraz Boży dostaliśmy, można powiedzieć, za darmo, jako obraz Jezusa – człowieka i Boga. Ale na to podobieństwo musimy zapracować. Musimy je w sobie wyrobić, zapracować własnym wysiłkiem, właśnie przez dojrzewanie i owocowanie.


Dzisiaj pochylimy się nad dwoma owocami Ducha Świętego nad - RADOŚCIĄ i POKOJEM.


Bracie, Siostro!
Pomyśl, kiedy ostatnio się radowałeś? Co było powodem twojej radości? Może to był jakiś sukces w pracy, jakieś miłe spotkanie, prezent, jakieś zdarzenie w rodzinie. Myślę, że każdy sobie już coś umyślił. Ale moglibyśmy tak wymieniać i pytać siebie, co było powodem naszej radości. A może nie możesz sobie przypomnieć drogi Bracie i Siostro, kiedy byłeś w stanie radości? Może już dawno nie zaznałeś prawdziwej radości?

A św. Paweł mówi: „radujcie się zawsze w Panu”. Mądrość Syracha przypomina nam: „Nie wydawaj duszy swej smutkowi (...) Radość serca jest życiem człowieka (...) Oddal długotrwały smutek od siebie, bo smutek zgubił wielu i nie ma z niego żadnego pożytku”. A Księga Przysłów dodaje, że radość jest lekarstwem na choroby: „Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości.” Mówi się też – i to penie nie raz słyszeliśmy – że „smutny chrześcijanin to zły chrześcijanin”.

No dobrze, wspaniała jest radość, której powodem jest miłość i mówi o tym św. Paweł w Liście do Filemona: „Bracie, doznałem wielkiej radości i pociechy z powodu twojej miłości” . –  wtedy wszystko jasne – ktoś nas kocha, cieszymy się, radujemy. Ale św. Jakub Apostoł z kolei w swoim liście mówi o najtrudniejszej radości: „Za pełną radość poczytujcie to sobie bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia”. Zawsze się radujcie...

Prawdziwa radość, która jest owocem Ducha Świętego nie znika bowiem pod wpływem trudności – jest stanem trwałym. Ta radość nie jest jakimś przemijającym entuzjazmem, czy też uczuciem, które przemija. Jest bowiem oznaką zadowolenia z życia w zgodzie:

  • Z Bogiem
  • Z samym sobą
  • Z drugim człowiekiem.

Radość to jest świadomość nieskończonej łaskawości Boga, czyli jeśli ta łaskawość nie ma przerw i się nie kończy, to i nasza radość powinna być stanem stałym. Świadomość Jego bliskości, przeświadczenie, że Bóg jest pełnią szczęścia i że chce mojego szczęścia.
Zauważono taki związek, że im więcej ktoś ma w sercu wdzięczności Bogu – tym więcej ma i radości. Jeżeli mam Boga w sercu, to jestem radosny.

Tak na marginesie, to czasem jak ktoś podchodzi do modlitwy uwielbienia po Komunii św., to ja mam wątpliwości, czy on akurat przyjął Komunię św. i ma Jezusa w sercu. Zróbmy taki przegląd, kiedy ktoś uwielbiał po Komunii i wychodził z taką miną, przynajmniej jakby go na szafot prowadzili. Były takie sytuacje i tej radości z obecności Bożej czasem trudno się w nas dopatrzyć. Starajmy się też, żeby tę radość uzewnętrzniać, bo ktoś może powiedzieć: ja ją mam w sercu. Tak, ale masz się nią dzielić z innymi.

Co może być powodem tej radości? Samo to, że jestem, że Bóg mnie stworzył. Można się radować drugim człowiekiem, przyrodą, twórczością, nauką, techniką, miastem, wsią, wdziękiem jaskółki, pięknem róży... Praktycznie cały świat jest pełen powodów do tego, żebyśmy wzbudzali w sobie wciąż to poczucie wdzięczności i radości.

Bardzo ważne jest to, żeby nauczyć się żyć i radować, a nie zamartwiać tym, co będzie, lub że inni mają lepiej. Ponieważ to są główne powody, dlaczego tej radości w nas nie widać, że ten owoc jakiś podgniły, czy niemrawy – to, że zamartwiamy się na przyszłość i że porównujemy się z innymi. To też do refleksji osobistej.

Jedna z osób powiedziała mi kiedyś, że zszokowały ją słowa sąsiadki: pani to ma dobrze w życiu. Jak ona to usłyszała od sąsiadki, to zaczęła się zastanawiać. Nigdy by jej nie przyszło do głowy, że ma dobrze w życiu, ale sąsiadka jej to powiedziała, no więc zaczęła myśleć... no niby tak, przez proste porównanie z innymi doszła do wniosku: grzech narzekać. Ale właściwie od rana mówi, że śle zażalenia do Pana Boga: jestem bez pracy – źle, pracuję – źle, bo mało płacą; jestem wysoka – źle, jestem niska – jeszcze gorzej; loki najchętniej bym wymieniła na proste włosy, co z tego, że inni robią trwałą. Albo żonę najchętniej wymieniłby na młodszą – ktoś mówi – dzieci na bardziej inteligentne, posłuszne, bardziej grzeczne, przełożonego na mniej wymagającego, a za to znacznie bardziej hojnego, sąsiadów najchętniej zgłaszamy do wymiany całościowo, podobnie jak nauczycieli, urzędników, policjantów, zwłaszcza tych od mandatów... Jak tu się radować? A pani to ma dobrze w życiu – czy moglibyśmy o sobie tak powiedzieć?

Przed laty – myślę, że może starsi bywalcy pamiętają – w Odnowie była „modna” piosenka oparta na Księdze Habakuka:

„Choćby figi nie zakwitły
A urodzaj winnic by znikł
Oliwki owoc wygnił by
Ziemia dała marny plon
Choćby owce wszystkie wybił ktoś
A w oborach brakło by krów

Jednak w Panu radość będę miał/ 2x
Rozraduję się w Bogu zbawienia mego
Bo moją mocą jest Pan”


Taką radość, takie przeświadczenie o tym, że jesteśmy powołani do radości – można w sobie wypracować. Właśnie własnym wysiłkiem będziemy do tego owocu starali się dążyć. Nie wiem, czy czytaliście wspominaną już kiedyś przeze mnie książkę „Pollyanna”. Kiedy mi ją polecano, żebym ją przejrzała, to się opędzałam: ja tam na bajki czy takie dziecinne książki nie mam czasu. Ale w końcu przyszedł czas i w końcu wzięłam „Pollyannę” do ręki, i rzeczywiście było warto. Istotą tej książki jest bowiem gra w radość. Był też film, może ktoś widział film.

Gra w radość – zachęcam do tej gry, przynajmniej w ciągu tego tygodnia, żeby się wprawić. Pozwala ona bowiem zobaczyć w każdej, najtrudniejszej nawet sytuacji, jakąś stronę pozytywną, jakiś bodaj szczegół, który pozwala łatwiej znieść przykrość, a nawet doprowadzić do radości.

Parę słów przypomnienia – pójdźmy za tym, co myślała Pollyanna. Ta dziewczynka wcześnie straciła matkę, ojciec – ubogi pastor – nauczył ją właśnie wtedy gry w radość. Trudnym momentem było dla niej, kiedy przed świętami parafia otrzymała dary, natomiast nie było w tych darach lalki, na którą czekała. Były za to dwie kule inwalidzkie z dopiskiem: może przydadzą się jakiemuś ułomnemu dziecku. I wtedy za namową ojca Pollyanna rozpoczęła radość, cieszenie się z tego, że ma dwie zdrowe nogi i że te kule nie są jej potrzebne. Gdy po śmierci ojca jechała do ciotki, dalekiej krewnej, która ją miała przygarnąć – wyobrażała sobie pięknie umeblowany pokój, piękną rezydencję, kochającą ciocię. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Pokój był szary, smutny, bez wymarzonych firanek, lustra i wspaniałych ciuchów. Wtedy Pollyanna zaczęła myśleć:

- nie ma lustra – nie będę musiała oglądać piegów na nosie,
- nie ma obrazów – ale mam piękny obraz za oknem,
- nie mam dużo sukienek – przynajmniej szybciej się rozpakuję.

Wyćwiczmy w sobie ten mechanizm, na takich bardzo prozaicznych przykładach.

Ale, ale... i Pollyannie zdarzyły się trudne chwile, ponieważ uległa wypadkowi i straciła władzę w nogach. Sytuacja trudna. Czy wtedy mogła się radować? Tak, bo cieszyła się, że to nie odra (choroba zakaźna) i że mogą ją odwiedzać ludzie, a przychodziło całe miasteczko. Miasteczko ćwiczyło grę w radość. Cieszyła się, że miała nogi i mogła tyle osób odwiedzić i tylu osobom opowiedzieć o tej grze w radość. Gdy okazało się, że kręgosłup jest uszkodzony, zaczęła cieszyć się szczęściem innych.
Jest i happy end. Znalazł się lekarz, który podjął się leczenia i Pollyanna stanęła na nogi.

W tym opowiadaniu jest też jakby drugie tło, czyli podtekst dzielenia się radością, dawania radości innym. I to jest też owoc Ducha Świętego, to jest to, o czym mówiłam, żebyśmy starali się być tą radością na zewnątrz opanowani. Bo to, że ją mamy w sercu, to super, piękne, wspaniałe, ale pokazujmy ją.

Kończąc „radość” chciałam opowiedzieć, jak to umarł pewien Szkot i stał w kolejce do św. Piotra. Przed nim stali inni. Św. Piotr patrzył w księgę ich życia i mówił: ty dałeś kiedyś chleb głodnemu – wejdź do nieba; ty napoiłeś spragnionego – wejdź do nieba; podzieliłeś się swoim odzieniem – wejdź do nieba; przyjąłeś kogoś w gościnę – wejdź. W miarę jak wchodzili do nieba poprzednicy, Szkot wpadał w coraz większe przerażenie, ponieważ ze swego skąpstwa nic takiego nie czynił. Stwierdził, że chyba się nie dostanie. Piotr – gdy przyszła jego kolej – spojrzał w księgę jego życia i powiedział: opowiadałeś dowcipy, powodowałeś, że smutni stawali się radośni – wejdź do nieba.

Dzisiaj na dzieleniu będziemy opowiadać sobie m.in. dowcipy. Można już nad tym myśleć. Wejdź do nieba.


Teraz jeszcze parę słów na temat drugiego owocu na dzisiaj – POKOJU.

Pokój jest bardzo podobny do radości. Pokój jest bardzo podobny, ponieważ płynie z przyjaznej łączności z Bogiem, z drugim człowiekiem, z każdym stworzeniem. Wynika z zaufania pokładanego w Bogu. Porównuje się go do balsamu uspokajającego, do jakiejś waleriany, czy czegoś w tym sensie. Jeżeli ten owoc w sobie wypracowujemy, czujemy się bezpiecznie wśród otaczającego świata, pełnego różnych nieszczęść, pokus, knowań, niepewności, czujemy się bezpieczni co do przyszłego życia.

Każdy z nas ma taki wewnętrzny przymus, a także myślę, że moralny obowiązek do tego, żeby o ten pokój dbać, szukać go. W psalmie 34 czytamy: „Odstąp od złego, czyń dobro, szukaj pokoju, idź za nim!” Właśnie otwierając się na działanie Ducha Świętego, twoje serce staje się jakby głębokim oceanem, na którym szaleje na wierzchu, na zewnątrz, na powierzchni burza, trąba powietrzna, nawałnica, fale mogą sięgać nieba, ale głębia jest spokojna i ani głód, ani niebezpieczeństwo, ani śmierć, ani niepowodzenie, ani prześladowania, ani cierpienia – jej nie porusza, i to widać na zewnątrz. Szczególnie w sytuacjach stresowych, jeżeli w takowej się znajdziemy – w szkole, w pracy – jeżeli pokładasz ufność w Bogu, jesteś spokojny o swoją przyszłość – to wtedy można cię bez problemu rozpoznać z tłumie. Widać taką osobę. Ma w sobie coś, co przyciąga – ten pokój. Taki ktoś nie szarpie się z życiem, jest szczęśliwy. Wtedy, gdy w sercu umiera moje własne „ja” i zaczyna w nim żyć Jezus – nie widzimy niepokoju. A niepokój to brak zaufania, brak harmonii, brak sensu, grzech – to są z kolei powody, które sprawiają, że owoc naszego pokoju staje się nie do jedzenia.

Taka osoba jest bardzo lubiana, lgną do niej ludzie – ponieważ ten pokój emanuje, emanuje z niej i może się nim dzielić.
Zawsze przemawiała do mnie ta modlitwa, którą chciałam tu przytoczyć:

" Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego".


cdn.