Świadectwo Eli

Mam na imię Ela. Jestem studentką. Chcę Wam opowiedzieć o tym, w jaki sposób Pan Bóg działa w moim życiu, jak doświadczam Jego obecności.

Pochodzę z rodziny tzw. wierzącej, ale niepraktykującej. Moje uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej zawsze wynikało z obowiązku i tradycji. Nic więcej.

W pewnym momencie przestałam chodzić do kościoła, a rodzice nigdy mnie do tego nie zmuszali. Jestem im za to wdzięczna, bo wydaje mi się, że skutek byłby wprost przeciwny.

I –sza i II – ga klasa szkoły średniej, to był czas zabawy – dyskoteki, znajomi. Moje myślenie o miłości, czystości, związkach między mężczyzną a kobietą i wielu innych sprawach, znacznie odbiegało od nauki Kościoła katolickiego. Byłam przy tym nerwowa, kłótliwa, zaborcza. Często kłóciłam się z rodzicami.

Podczas jednej z takich kłótni, mama powiedziała do mnie: „Idź lepiej do kościoła, bo jest w Tobie szatan.”

Przestraszyłam się tych słów. Nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób. We mnie – szatan??? Przecież jeszcze kilka lat wcześniej śpiewałam w scholii młodzieżowej na mszy świętej i uważałam się za dobrego człowieka. Ale te słowa miały w sobie jakąś siłę i przenikliwość, której wtedy nie rozumiałam. Teraz wiem, że to Pan Bóg chciał, żebym się w końcu opamiętała. Wiem też, że w tamtym czasie babcia się za mnie gorąco modliła.

Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że wyrzuciłam Boga ze swojego życia, chciałam to szybko naprawić. Pokonałam lęk i poszłam do kościoła po prawie 2 – letniej nieobecności. Przystąpiłam też do sakramentu pokuty i pojednania (ze skruchą i wielkim żalem za grzechy).

To był dla mnie moment powtórnego narodzenia, narodzenia z ducha (Jezus mówił do Nikodema, że musi się powtórnie narodzić – on wtedy tego nie rozumiał – ja zrozumiałam to też nie od razu).

Po tej spowiedzi, bardzo ważnej dla mnie, gdzie zamknęłam pewien etap mojego życia, w którąś niedzielę były dawane świadectwa. Siedziałam w ławce i słuchałam jak pani profesor z Uniwersytetu Szczecińskiego (wykłada informatykę) mówiła o obecności Boga w swoim życiu – że kiedy jedzie karetka na sygnale, to robi znak krzyża i modli się za osobę potrzebującą pomocy w tym momencie; że modli się za swoich studentów; stara się prowadzić indywidualne rozmowy z nimi – interesować się ich problemami. Wydawało mi się to dziwne. Nauka i religia? Jak to połączyć?

Osoba ta powiedziała, że rozpoczyna się w naszej parafii Seminarium Odrodzenia ?ycia Chrześcijańskiego i zaprasza wszystkich, którzy chcieliby zbliżyć się do Boga, albo poznać Go bardziej, od innej strony. Kiedy to mówiła, ja siedziałam ze łzami w oczach, bo bardzo tego pragnęłam – chciałam poznać Boga – Boga takiego, jakiego znała ta kobieta, Boga ?ywego, obecnego nie tylko w kościele, ale każdego dnia w moim życiu, tam, gdzie jestem. Nie wystarczała mi pobożność religijna – zapragnęłam czegoś więcej.

Wiedziałam, że zaproszenie na Seminaria (prowadzone przez Odnowę w Duchu Świętym) jest kierowane bezpośrednio do mnie. Pomimo tego, że byłam raczej osobą nieśmiałą, nie mogłam się pozbyć myśli, że to Pan Bóg otwiera przede mną „coś nowego”. Chociaż się bałam i nie wiedziałam co mnie czeka (w drodze do kościoła chciałam zawrócić), poszłam na pierwsze spotkanie z otwartym sercem i gotowa przyjąć wszystko, co Pan Bóg dla mnie przygotował.

To była dobra decyzja. Nie żałuję jej.

Tak się zaczęła moja przygoda z Jezusem Chrystusem, który przestał być dla mnie tylko postacią historyczną. Doświadczam Jego obecności każdego dnia.

Moje życie się zmieniło:

  • Codzienna Eucharystia (wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy, że msza święta jest sprawowana 7 dni w tygodniu);
  • Sakrament pokuty i pojednania – gdzie zawsze czeka na mnie Jezus Miłosierny gotów przebaczyć mi wszystkie grzechy;
  • Adoracja – szczególne spotkanie z Bogiem podczas którego Jezus napełnia mnie siłą, abym mogła wrócić do swoich obowiązków i stawić czoła różnym przeciwnościom, które przychodzą;
  • Modlitwa – poranna, wieczorna, w ciągu dnia – przestała być bezmyślnym recytowaniem formułki, ale spotkaniem z najlepszym Przyjacielem, którym jest Jezus;

    Modlę się np. kiedy jadę autobusem, nie boję się już zrobić znaku krzyża, gdy przejeżdżam koło kościoła, bo wiem, że tam jest Jezus Chrystus ukryty w tabernakulum.

    Jezusa spotykam też w ludziach – siostrach i braciach ze wspólnoty, ale także tych spotkanych na ulicy (również tych biednych, bezdomnych, zaniedbanych) – ciągle uczę się, żeby nie osądzać, nie gardzić, bo nie znam całej historii życia takiej osoby. Staram się pomóc takim osobom na ile jestem w stanie – nie zawsze materialnie, ale chociaż (aż) modlitwą.

  • Czytanie Pisma Świętego – nie jak zwykłej książki, ale jak listu od kogoś kto mnie kocha – staram się rozważać każde słowo; otwieram uszy, aby nie tylko słuchać, ale żeby usłyszeć to Słowo.

Dziękuję Panu Bogu za wspólnotę, w której jestem , a która (nie przez przypadek – bo przypadków nie ma) nosi Imię Jezusa Miłosiernego.

Dzięki wspólnocie uczę się wciąż na nowo odkrywać Boga w moim życiu. Nie jest łatwo, bo pierwsze emocje minęły i przyszła „szara rzeczywistość”. Jednak doświadczenie obecności Boga, które było mi dane, rozpala we mnie pragnienie zbliżania się do Chrystusa – dążenie do jak największej bliskości z Nim w mojej codzienności: w domu, na uczelni, na mieście – w konkretnych sytuacjach i wyborach dnia codziennego (ustąpienie miejsca osobie starszej, zwrócenie uwagi dziecku, które wyzywa kolegę, bycie miłym dla sprzedawczyni).

Jeśli porównuję to, jaka byłam kiedyś, z tym, jaka jestem teraz, to widzę ogromną różnicę. Jestem innym człowiekiem. Nie znaczy to, że jestem chodzącym ideałem – wiele mi brakuje. Ale chcę wzrastać na drodze do świętości.

Amen.

 

To top